Strona główna

Świecki Instytut Dominikański z Orleanu


Konsekracja

Świeckość

Apostolstwo

Duchowość

Formacja

Powołanie

Wspólnota

Aktualności

Świadectwa

Żyły pośród nas

Historia

Kontakt

Publikacje
o instytutach świeckich

Dokumenty Kościoła

Strona międzynarodowa

Dominikanie w Polsce

Krajowa Konferencja Instytutów Świeckich

Webmaster


Wspomnienie o Ludwice Radzimińskiej (Isi)
Założycielce Prowincji Polskiej

Jeśli chcesz napisać do nas
       Ludwika Radzimińska (1908-1993)
Założycielka Prowincji Polskiej

Życiorys



„Musisz mocno uchwycić się ręki Pana Jezusa, mocno się trzymać, a reszta?- to już niech się On martwi…” – te słowa usłyszałam po raz pierwszy od Isi, gdy u początku drogi życia w Instytucie powierzałam Jej swój niepokój, czy dam radę realizować tę formę powołania.

W dalszych latach wiele razy powtarzała: Trzeba przylgnąć do Chrystusa tak dokładnie, jak dłoń do dłoni … i przykładała wtedy dłoń do dłoni, żeby ukazać dokładnie, jak to ma wyglądać.

Dosyć często powtarzała za św. Teresą od Dzieciątka Jezus, że nie powinnyśmy się martwić o to, czy damy radę, czy nie, bo same rady nie damy. „Ja sama – jestem ZERO, ale ja i Pan Jezus – to WSZYSTKO” (św. Teresa)

ISIA - Ludwika Radzimińska – Założycielka Polskiej Prowincji Świeckiego Instytutu Dominikańskiego z Orleanu. Dopiero niedawno poznałam historię Jej życia; ukazującą jednocześnie dzieje naszego Instytutu.

Pierwszy przyjazd do DOMU (naszego Domu Wspólnoty) był spotkaniem z wieloma osobami, ale też wtedy poznałam uśmiechniętą i przyjazną Isię, która – jak się okazało – była „szefową”. W jakiś sposób wyróżniała się swoistą elegancją, chociaż ubrana była skromnie. W czasie rozmowy słuchała uważnie; miała w sobie naturalną pogodę ducha i wewnętrzny pokój. Tworzyło to atmosferę przyjaznego i bardzo życzliwego spotkania. Tak było też w późniejszych latach. Uważne i życzliwe słuchanie nie eliminowało pytań, czy też pewnych uwag – ale nie czuło się tzw. „naprawiania” czy rygorystycznych „decyzji”. To było pochylenie się nad człowiekiem, wsłuchiwanie się i … ukazywanie kierunku.

Pamiętam, jak bardzo zwracała uwagę na schludny wygląd. Mawiała, że ubóstwo to nie dziadostwo. Albo też powtarzała, że mamy być posłuszne Panu Jezusowi – nie poprzez podporządkowanie się, ale poprzez codzienne przyleganie do Krzyża, gdyż właśnie wtedy, gdy Pana Jezusa przybito do krzyża, gdy był już zupełnie nieruchomy, gdy całkowicie przylegał do tego trudnego drzewa – właśnie wtedy „po ludzku” już nic nie mógł. I wtedy wypełnił Wolę swego Ojca.

Lata mojej formacji dokonywały się w trudnych czasach głębokiego komunizmu. Niepewność i prześladowania nie pozwalały na częste i swobodne kontakty. Trzeba było ukrywać się szczelnie i równie szczelnie nie dopuszczać do ujawniania innych członkiń Instytutu. Ani telefony, ani listy, ani zbyt częste odwiedziny w DOMU nie wchodziły w grę. A przecież były i dni skupienia, i rekolekcje, a nawet wspólne wyjazdy wakacyjne. To właśnie był czas wzajemnego poznawania się, czas formacji. I z tamtych spotkań najwięcej pozostało wspomnień o Isi. To Ona, w czasie rekolekcji czytała nam, a raczej tłumaczyła z francuskiego KONSTYTUCJE (tylko taki posiadałyśmy tekst – pieczołowicie ukrywany). Nie było to zwykłe tłumaczenie, ale ukazywanie treści niełatwych w sposób jasny i przystępny.

Wszystko wtedy jawiło się ważne i możliwe. Na pewno i młodość, jak zwykle porywająca – nie widziała przeszkód, nie kalkulowała. Isia potrafiła na tej młodzieńczej glebie budować. Zawsze podkreślała, że nie o to chodzi, abyśmy przejęły się własną doskonałością i kręciły wokół własnej poprawności, ale chodzi o Pana Jezusa. Chodzi o Niego! A wówczas nie będzie nic aż tak trudnego, bo będziesz myślała o Nim – to On ma wzrastać – powtarzała za św. Pawłem.

Kiedyś, przy wspólnym czytaniu i rozważaniu Listu św. Jakuba trafiłam na werset: „Kto spośród was jest mądry i rozsądny? Niech wykaże się w swoim nienagannym postępowaniu uczynkami doskonałymi z      ł a g o d n o ś c i ą    w ł a ś c i w ą    m ą d r o ś c i."    /Jk 3,13/. Wiedziałam, że takie postępowanie dotyczy Isi. Tak. Z łagodnością właściwą mądrości. I chociaż w codzienności była bardzo zwyczajna – to była jakoś niezwyczajna. Zabrzmi to może dziwnie, ale imponowała mi elegancją, w której nie było nic z wyniosłości, czy braku ubóstwa. Uśmiech, radość, sympatia – a także zatroskanie, a nawet matczyny niepokój o każdą z nas.

Nie chciałabym idealizować, ani też ukazywać samych zalet. A jednak, zwłaszcza z perspektywy czasu – coraz wyraźniej wiem, że Isia była i pozostała dla mnie – i nie tylko dla mnie – Autorytetem…

Pięknie śpiewała. Kochała piękno. Jej artystyczna dusza powodowała, że zachwycała się Bogiem w pięknie przyrody, w sztuce, w pięknie człowieka. Mawiała, że jesteśmy takim wielkim bukietem kwiatów dla Pana Boga. Nawet bawiłyśmy się w dobieranie kwiatów do odpowiednich osób, albo drzew… Zostałam „zidentyfikowana” z jarzębiną i do dziś to drzewo przypomina mi, że jestem jednym z wielu drzew z „naszego ogrodu”…

Zanurzona w modlitwie… potwierdzała, że nasze powołanie musi głęboko zasadzać się na przesłaniu św. Dominika: Z Bogiem rozmawiać o ludziach, a z ludźmi o Bogu. I tylko przemodlone sprawy przekazywać ludziom i je realizować.

Pamiętam wspólne dni, przeważnie wakacje albo czas świąteczny. Kiedy wieczorami siadałyśmy wokół Niej, a Ona czytała /tłumaczyła z francuskiego/ nam książki Karola de Foucault, albo René Voillaume’a… I mówiła, że życie osoby konsekrowanej, to nie zabawa w Pana Boga, że pragnienie całkowitego oddania się Panu Bogu nie da się zrealizować i nie dokonuje się w momencie złożenia ślubów, ale jest to codzienne oddawanie siebie „kawałek po kawałku”, a to jest bolesne. Tyle, że chodzi nie tylko o to ile oddajemy, ale trzeba uważać, aby nie było więcej tego, co zatrzymujemy.

Isia była bardzo subtelna, wrażliwa, słuchająca – ale było w Niej to „coś” co czyniło Ją bardzo wymagającą. Ona nie mówiła: zdecyduj tak albo tak. Ona słuchała, a gdy na koniec powiedziała: pomyśl, czy to na pewno tak ma być? – to było jasne, że trzeba tę sprawę przemyśleć… Czasem pytała: postaw sobie pytanie, czego chce Pan Jezus, a czego chcesz ty, i czy to jedno z drugim się zgadza? Przypomniało mi się opowiadanie jednego z Ks. Biskupów, który wspominał Ojca św., Jana Pawła II.

Zapytany o to, czy Jan Paweł II kiedykolwiek się denerwował, zwłaszcza gdy omawiane były trudne sprawy, Ks. Biskup odpowiedział: Ojciec św. słuchał uważnie, a na koniec stwierdzał: „A teraz odpowiedz sobie, czy to, co przedstawiłeś przylega do Ewangelii?!” Podobnie było z Isią. Ona przyjmowała nasze relacje, nasze sprawy, wsłuchując się uważnie…, a potem mówiła: przemódl to, przemyśl… i dodawała: Powierzam cię Matce Bożej. Ona na pewno wskaże i dopowie…

Po latach komuny nadeszła odwilż, ale jeszcze długo były w nas niepokój, niepewność i niedowierzanie, że jest i będzie inaczej.

Niewiele czasu z owej wolności przeżyła tu z nami Isia. Pozostały wspomnienia z tamtych lat ukrywania się i czasem, jak myślałyśmy, może przesadnej dyskrecji. Jednak nie przesadnej, bo całe nasze życie powinno być dyskretne. Isia powtarzała za Panem Jezusem, że mamy być owym „dobrym ewangelicznym zaczynem”, że trzeba nam szukać „ewangelicznego skarbu ukrytego w roli”, a nade wszystko trzeba się nam spalać dla Jezusa poprzez naszą zwyczajną codzienność, spalać z miłości do Boga i ludzi …

„Panie, uczyń mnie wiecznym DAREM dla siebie…” – zwierzyłam się kiedyś Isi, że to jest motto mojego życia oddanego Bogu, a Ona wtedy przytuliła mnie do siebie i powiedziała: To nie jest łatwe pragnienie, ale Pan Jezus na pewno pomoże, aby tak się stawało. A Matka Boża cię nie opuści.

Taka była i taka pozostała Isia w moim sercu, w moich wspomnieniach, w mojej modlitwie…